piątek, 31 stycznia 2014

Premiera minialbumu Det Gamle Besatt

























Pozostańmy jeszcze przy black metalu, ale tym razem w kategorii informacji muzycznej. Już 1 lutego 2014 premierę będzie miał debiutancki mCD bytomskiego Det Gamle Besatt. Materiał zarejestrowany został w 2012 w składzie, który ponad 20 lat temu powołał do istnienia potężny Besatt: Weronis (gitara i wokal), Beldaroh (bas i wokal), Dertalis (perkusja). Płyta zawiera osiem numerów, w tym pierwszy utwór jaki stworzył Besatt: Ares; dostarcza 30 minut plugastwa w klimacie lat 80-tych. Jest to mieszanka mocy i zła spod znaku heavy i thrash z blackowym zacięciem. Sam chętnie zapoznam się z tym materiałem.

Kawałek promocyjny można usłyszeć na YouTube:
http://www.youtube.com/watch?v=mXin9K8mnoM

Tracklista:
1. Ares
2. Golgota
3. Mój Raj
4. Epitafium Ku Czci Boga
5. Deus Est Mortuus
6. Wojenne Werble
7. Ołtarze Piekieł
8. Labirynt Szaleństwa

Wydawca:
Black Vault Productions
Po Box 11
05-420 Józefów
www.blackvault.pl

Koszt:
15 pln + 5 pln przesyłka

Zamówienia:
bartek@blackvault.pl
lub allegro:
http://allegro.pl/listing/user/listing.php?us_id=3429261

Jarno Elg, fiński kanibal i satanista


















Lata minęły od czasu gdy sięgnąłem po norweski black metalowy Ancient. Dziś przed pójściem do pracy przesłuchałem sobie ich singiel "Det Glemte Riket" (1994) oraz drugą płytę "The Cainian Chronicle" (1996), czyli ostatnią słuchalną rzecz, którą spłodził Aphazel z zespołem. Jak powszechnie wiadomo Ancient stał się potem swoistą karykaturą black metalu; ociekające kiczem teledyski i jasełkowy wampiryzm w ich wydaniu cuchnęły wiochą na odległość. Lecz 21 listopada 1998 roku metalowy światek obiegła wieść o rytualnym mordzie dokonanym przez młodych fińskich 'satanistów' na 23-letnim mężczyźnie. Oprawcy mieli jakoby torturować ofiarę w trakcie słuchania "The Cainian Chronicle" Ancient. Przewodził im 24-letni Jarno Elg, który zjadł niektóre części ciała zabitego mężczyzny po poćwiartowaniu jego zwłok. Do zdarzenia doszło w fińskim mieście Hyvinkää. Partnerami Jarno w morderstwie byli 17-letnia Terhi Johanna Tervashonka, 20-letni Mika Kristian Riska oraz 16-letni chłopiec, którego danych nie podano do opinii publicznej (podobnie jak danych zamordowanej ofiary). Uciętą nogę mężczyzny znaleziono na wysypisku śmieci. Jarno jako mózg 'satanicznej' grupki został skazany na dożywocie, Tervashonka jako osoba nieletnia (i częściowo obłąkana) została skazana na karę 8 lat i 6 miesięcy pozbawienia wolności. Wyszła na wolność w 2003 roku. Nie na długo jednak... 23 sierpnia 2007 roku ruszył jej proces o drugie morderstwo, którego dziewczyna miała dokonać sierpakiem (rodzajem noża ogrodniczego). 20-letni Riska dostał dwa lata i osiem miesięcy więzienia za napaść i zbezczeszczenie grobu; 16-latka uniewinniono, bo twierdził, że pozostali go zmusili do udziału w zbrodni. Ofiara była długotrwale torturowana i w końcu została uduszona. Fiński sąd utajnił dane tej sprawy na okres 40 lat, stąd też niewiele informacji na jej temat znalazło się w środkach masowego przekazu. Oczywiście wskazywano na satanistyczne tło morderstwa. Jednak w 2000 roku Tervashonka w wywiadzie wyznała, że jej zdaniem nie doszło do umyślnego morderstwa. Totalnie pijana grupa postanowiła uciszyć piątego jej członka, który był bardzo hałaśliwy... poprzez zaklejenie mu ust taśmą klejącą. Nawaleni sprawcy nie rozumieli, że mężczyzna się udusi... uff, kandydaci do Nagrody Darwina murowani. I udusił się. Wtedy pijani w sztok 'sataniści' zaczęli ciąć jego ciało na kawałki. Kontynuowali, gdy wytrzeźwieli, bo zwłok kolegi należało się pozbyć. I tak noga 23-letniego mężczyzny odnalazła się na wysypisku na śmieci. Tervashonka stanowczo zaprzeczyła, aby ta śmierć miała cokolwiek wspólnego z satanizmem. Na zdjęciach Tervashonka i Jarno Elg (sardoniczny uśmieszek a la Varg Vikernes). Do posłuchania "The Cainian Chronicle" norweskiego Ancient. Serio czy przy takiej muzyce można torturować kogokolwiek?

https://www.youtube.com/watch?v=0JkwniRNJpo

czwartek, 30 stycznia 2014

Matej Curko, słowacki kanibal


Kanibalistyczni mordercy budzą grozę i obrzydzenie. Sawney Bean, na którego historii Jack Ketchum oparł swój odrażający literacki debiut "Off-Season" (1980). Kanibale z Niemiec: Georg Grossman, Fritz Haarman, czyli niesławny Rzeźnik z Hannoveru, z polsko-niemieckich akcentów Karl Denke. Issei Sagawa, adorator ludzkiego mięsa. Z ostatniej dekady m.in. Armin Meiwes i słowacki kanibal Matej Curko (plus kilku innych). Historia tego ostatniego jest na tyle groteskowa, że nadaje się na mojego bloga. 43-letni Matej Curko nie żyje, wiele tajemnic zabrał ze sobą do grobu. 10 maja 2011 roku zastrzelił go snajper słowackiej policji, gdy szykował się do morderstwa kolejnej "ofiary".

Internetowa ksywka: Kanibm, mail kontaktowy: kanibm@volny.cz. Jeśli chcesz umrzeć to skontaktuj się z Kanibm. Poda ci potężną dawkę środków usypiających, a potem zada cios nożem  w serce. Nie dowiesz się jednak co Matej zamierza zrobić z twoim ciałem post-mortem. Hmm, po prostu poćwiartuje je i zje. Matej Curko, programista komputerowy mieszkał spokojnie z żoną i dwójką córek w słowackiej wiosce Kysik. Nie rzucał się w oczy, nikt oczywiście nie podejrzewał, że mógł być seryjnym kanibalem. Praktycznie zawsze tak jest. Szwajcar Markus Dubach chciał umrzeć i zostać zjedzony. Korespondował mailowo z Matejem; uzgodnili, że spotkają się w Słowacji. Curko pisał mu szczegółowo co zamierza zrobić, ba, chciał aby Markus ubrał się w specyficzny sposób. Zamierzał podać Markusowi narkotyk, a potem pchnąć go nożem w serce; potem chciał go poćwiartować, a części ciała zjeść. Te, których nie zjadłby od razu zamierzał posypać pieprzem, aby ukryć odór gnicia i zapobiec konsumpcji ze strony zwierząt. Do spotkania między ofiarą, a jej katem miało dojść w lesie. Ale Szwajcar się rozmyślił i powiadomił policję. Pod Szwajcara podszył się agent policji, ubrał się tak jak Curko przykazał, pojechał pociągiem do Kysik i poszedł do lasu na spotkanie z Matejem. Miał na sobie podsłuch. Snajper ze SWAT ukrył się w pobliżu i czekał tylko na właściwy ruch. Kiedy agent ujawnił się i chciał zatrzymać Mateja, ten strzelił do niego z broni palnej, którą miał przy sobie. Wtedy zaczął strzelać snajper ze SWAT-u. Matej upadając na ziemię poważnie ranił jednego z nadbiegających policjantów. Curko dostał 5 kul, umarł na stole operacyjnym w niecałe 48 godzin po strzelaninie. 

Curko miał przy sobie plecak, w którym znajdowały się środki usypiające, butelki wódki, przyprawy do zamaskowania odoru rozkładu, zapalniczka i rękawiczki. W lesie trzymał noże, piły i liny, dysponował także legalnym arsenałem broni palnej i amunicji. Odnaleziono także własnoręcznie zrobiony ołtarz ceremonialny i świece. Matej nigdy jednak nie wspominał, że uczestniczy w jakiejkolwiek aktywności spirytualno-sekciarskiej. Naprowadzona kordynatami GPS z komputera Curko policja odkryła w lesie blisko ołtarza dwa poćwiartowane ciała młodych kobiet owinięte w plastikową folię i zakopane w płytkich grobach. Nie tylko zresztą tam... w lodówce Curko leżała reszta ich ciał. Po badaniu DNA policja ustaliła tożsamość jednej z ofiar. 20-letnia Lucia Uchnarova (na zdjęciu) ze Snina była łatwą ofiarą. Walczyła z chorobą psychiczną, chciała popełnić samobójstwo, o czym niejednokrotnie wspominała na Facebooku. Jej sieciowa persona przypadła do gustu Curko, namówił ją do spotkania w lesie wcześniej dokładnie opisując co jej zrobi. Drugą ofiarą okazała się Elena Gudjakova z Oravske Vesele, która zaginęła w 2010 roku. Jak wynika z korespondencji między kanibalem a ofiarami obie kobiety ochotniczo chciały umrzeć i zostać po śmierci zjedzone. Ciekawa transakcja, nie ma co... Curko pisał do Uchnarovej m.in. "Nie jestem gwałcicielem, ani gejem. Jestem tylko zboczeńcem, który chce poczuć śmierć, dotknąć umierającego ciała". Czarujące. Był podekscytowany tym, że odnalazł dziewczynę. Chełpił się, że w wieku 17 lat też próbował popełnić samobójstwo. "Jeśli przyjedziesz bez policji to umrzesz" - pisał. Uchnarova poprosiła o jego zdjęcie, ale jej 'przyszły egzekutor' odmówił. Co ciekawe, Curko wysłał fotografie części ciał obu kobiet Markusowi. Być może to sprawiło, że Szwajcar o dziwacznych upodobaniach zmienił zdanie... Ile ofiar miał na swoim koncie Matej Curko? Tego pewnie prędko się nie dowiemy, bo jego komunikacja elektroniczna sprzed 2010 roku została wymazana przez operatora internetowego. Na pewno przebił o wiele bardziej znanego Armina Meiwesa, kanibala z Rohtenburga z jedną ofiarą na koncie. Ktoś z Włoch został wspomniany przez Mateja w korespondencji elektronicznej z Markusem, ale tożsamość tej osoby (potencjalnej ofiary?) pozostaje nieznana...

Generalnie historie niektórych morderców-kanibali są tak groteskowe, że wrócę do nich w przyszłości.

Płyta tygodnia: Urna "Mors Principium Est" (2013)



























Urna powraca z czwartym albumem i robi to jak zwykle w oszałamiającym stylu. "Mors Principium Est" (2013) to następca znakomitego "Iter ad Lucem" (2009) i zarazem album po brzegi wypełniony zdumiewająco mrocznym i niepokojącym black/funeral doom metalem, który regularnie zapuszcza się w rejony mrożącej krew w żyłach psychodelii znanej wszystkim miłośnikom brytyjskiego Esoteric. A że Esoteric znam i cenię od lat (w kwietniu zagrają w Polsce wraz z Isole i Procession - tego koncertu nie wolno przegapić!), zatem nie mam pytań. Świadczy o tym ekstremalnie zagęszczona praca gitar kreująca bezlitosną atmosferę rodem z najmroczniejszych koszmarów. Ponure riffy płynnie przechodzą w delikatne interludia; w posępnej muzyce Włochów spotykamy się także z wprawnym użyciem crescendo i decrescendo, a także z klawiszowo-ambientowymi pasażami. Nastrojowy black/funeral doom zaprezentowany na "Mors Principium Est" wymaga od słuchacza całkowitego skupienia, wręcz  bezgranicznego oddania się dźwiękom; poszczególne utwory zlewają się w mknący nieprzerwanie strumień ciemności. Niepokojąca głębia muzyki Urna nie przestaje mnie zachwycać. Nie mam wątpliwości, że Urna z płyty na płytę coraz bardziej dojrzewa oddając się awangardowemu eksperymentowaniu. W ramach ciekawostki na sam koniec wspomnę, że w "Fui Sum Ero" gościnnie pojawia się wokalista, gitarzysta i założyciel Esoteric, Greg Chandler.

http://urna.bandcamp.com/

Il Mostro di Firenze/ The Monster of Florence (1986) - recenzja


















Sprawa seryjnego mordercy o przydomku Potwór z Florencji jest jedną z najbardziej fascynujących zagadek w annałach światowej kryminalistyki. Nie będę się zbytnio rozpisywał na temat Il Mostro, podam tylko kilka ogólnikowych faktów. W latach 1968-1985 Il Mostro zamordował 16 osób. Polował nocą na pary uprawiające seks w samochodach bądź przebywające po zmroku w namiocie. Do ofiar strzelał z pistoletu, ciał mężczyzn nie poddawał okaleczeniom post-mortem, natomiast zastrzelonym kobietom (jeśli nikt go wcześniej nie przepłoszył) wycinał sutki i okaleczał genitalia. Podwójne morderstwo z 1983 roku, w trakcie którego zabił dwójkę mężczyzn prawdopodobnie popełnił przez pomyłkę z uwagi na długie włosy jednej z męskich ofiar (myślał, że ofiara jest kobietą). W 1986 roku Włosi nakręcili dwa gialli bazujące na do tej pory nie rozwiązanej sprawie Potwora z Florencji, a mianowicie "The Killer Is Still Among Us" w reżyserii Camillo Teti oraz "Il Mostro di Firenze", który wyreżyserował Cesare Ferrario. Pierwszy z wymienionych tytułów widziałem na przestrzeni lat kilkakrotnie (miałem go przegranego na kasecie video wraz z "Giallo a Venezia" od szwajcarskiego kolekcjonera), "Il Mostro di Firenze" obejrzałem po raz pierwszy dopiero teraz. O ile "The Killer Is Still Among Us" jest thrillerem bardziej posępnym, dołującym i brudnym (końcowa scena okaleczania seksualnego ciała dziewczyny wyciągniętego z namiotu jest autentycznie szokująca), o tyle "Il Mostro di Firenze" odznacza się większą subtelnością w scenach morderstw. Przez to niestety pewnie nie zostanie w pamięci na długo, chociaż sekwencja podwójnego morderstwa ofiar z namiotu na początku "The Monster of Florence" jest krwawa i efektowna (w 'siostrzanym' "The Killer Is Still Among Us" Teti umieścił ją w finale filmu).

"Il Mostro di Firenze" nie jest złym filmem, lecz nie wciągnął mnie zbytnio. I to chyba jego główna wada, gdyż momentami miałem wrażenie, że oglądam film telewizyjny (ze sporą dawką nagości i niewielką przemocy - pomijając pierwszą scenę mordu większość zabójstw ma miejsce poza kadrem). Fabuła "The Monster of Florence" kręci się wokół postaci pisarza Andreasa Ackermanna (Leonard Mann), który pisze książkę o mordercy i jednocześnie usiłuje stworzyć jego portret psychologiczny... Trochę grozy, trochę niejasności, przyzwoita ścieżka dźwiękowa, ale brakuje filmowi Cesare Ferrariego tego czegoś (delirycznego szaleństwa? wciągającej zagadki? większej dawki makabry?), czym się charakteryzują najlepsze gialli. W ogólnym rozrachunku "The Killer Is Still Among Us" jest po prostu ciekawszym filmem.

środa, 29 stycznia 2014

La Muerte Incierta (1973) - recenzja




Oto "La Muerte Incierta" (1973) Jose Ramona Larraza, reżysera jednego z moich ulubionych horrorów wampirycznych "Vampyres" (1974). Nie będę ukrywał, że jako fanowi hiszpańskiego horroru z lat 70-tych bardzo zależało mi na zobaczeniu niniejszego filmu, ponieważ do niedawna uchodził on za 'zaginiony' - zatem nie tylko dlatego, że bardzo cenię "Vampyres" (1974) i "Symptoms" (1974) Larraza. Jednak w przypadku "La Muerte Incierta" trochę się zawiodłem, gdyż owa egzotyczna (w końcu osadzona w Indiach) ghost story jest raczej nużąca. Brytyjski plantator żyjący w Indiach wraz z synem ma romans z Hinduską (Rosalba Neri). W trakcie wizyty w Anglii żeni się z piękną Brytyjką (Mary Maude). Odstawiona na bok hinduska kochanka z rozpaczy popełnia samobójstwo. Jej zjawa zaczyna prześladować plantatora, który w trakcie wyprawy do dżungli zostaje zaatakowany i pogryziony przez tygrysa bengalskiego. W dodatku syn plantatora oraz żona mężczyzny nawiązują ze sobą płomienny romans...

Fani Eurohorroru na pewno zetknęli się z przerażającym dreszczowcem "La Residencia" (1969) Chicho-Ibanez Serradora. Jest to film, który łączą zauważalne podobieństwa z genialną "Suspirią" (1977) Dario Argento. W "La Residencia" obok przepięknej Cristiny Galbo zwracała na siebie uwagę Mary Maude, brytyjska aktorka w horrorze Serradora wcielająca się w postać sadystycznej uczennicy znęcającej się nad wrażliwą Galbo. Maude ma w "La Muerte Incierta" jedną z wiodących ról jako brytyjska małżonka plantatora. I to głównie dla niej warto mimo wszystko zobaczyć ów przeciętny Eurohorror, bo grozy i makabry w nim malutko (dwie sceny ataków tygrysa bengalskiego, w tym jedna ze skutkiem śmiertelnym, morderstwo w piwnicy oraz finał). Jeszcze bardziej zaskakuje brak erotyzmu od którego wręcz kipi "Vampyres" Larraza. "La Muerte Incierta" jest raczej niechlujnie nakręcony, o czym świadczy nachalne użycie filmowego materiału archiwalnego mającego przedstawiać scenki z życia Hindusów oraz ujęcia przyrodnicze (tygrysy, krokodyle, bawoły, itd.) Przeciętniak, ale dla Mary Maude i Rosalby Neri warto.

wtorek, 28 stycznia 2014

La Casa del Buon Ritorno/ The House of Blue Shadows (1986) - recenzja







W prologu "La Casa del Buon Ritorno" w reżyserii Beppe Cino chłopiec przypadkowo powoduje śmierć koleżanki (jego siostry?), która spada z dachu czerwonej włoskiej willi. Przedtem dziewczynka straszyła chłopca kryjąc twarz za białą maską japońskiej czarownicy Onibaby. Mija piętnaście lat. Luca (Stefano Gabrini) powraca wraz ze swoją przyjaciółką (Amanda Sandrelli) na miejsce tragedii sprzed lat. Mężczyzna nie może się pogodzić ze śmiercią dziewczynki i zaczyna mieć obsesję na punkcie groteskowego manekina ją przypominającego. Zaczyna widzieć Lolę (tak nazywała się śmiertelna ofiara zabawy w chowanego, tak też nazwaliśmy naszą czarną kotkę) po pokojach domostwa i powoli tracić zmysły (albo ktoś próbuje go wpędzić w szaleństwo). Film wkracza na terytorium giallo, kiedy w willi pojawia się odziany w czerń i w maskę Onibaby nieznajomy o morderczych skłonnościach...

Kompletnie zapomniane giallo, które do tej pory nie doczekało się żadnego wydania DVD. Film bardzo elegancki i wysublimowany, o nieśpiesznej akcji i zagadkowej atmosferze. Można "The House of Blue Shadows" porównać pod kątem niepokojącego nastroju do arcydzieła Pupi Avatiego "The House with the Windows That Laugh" (1976) oraz dziwacznego giallo Francesco Barilli "The Perfume of the Lady in Black" (1974). Oba te filmy są znakomite, także jest to niewątpliwie doborowe towarzystwo dla "La Casa del Buon Ritorno" Beppe Cino. Choć "The House of Blue Shadows" odznacza się elementami typowymi dla giallo (brzytwa, odziany w czerń napastnik, trauma z dzieciństwa) pozbawiony jest niemal całkowicie makabry i nagości. Atmosferyczne lokalizacje (czerwona willa, budynek ze spiralnymi schodami) zapewniają dreszczyk emocji, podobnie jak elementy wizualne (zamaskowany manekin, upiorna biała maska Onibaby, stare fotografie zmarłej dziewczynki oraz czarne ubrania). Identyfikacja mordercy w finale nie powinna nastręczać trudności otrzaskanym z nurtem giallo widzom, choć nihilistyczny finał może zaskoczyć. Film obejrzałem z nieukrywaną przyjemnością chłonąc jego złowieszczą atmosferę i fantastyczną ścieżkę dźwiękową Carlo Siliotto.

niedziela, 26 stycznia 2014

Dominka Swr: Misterium fotografii























Zapytałem DominkęSwr co ją inspiruje do robienia zdjęć. Chciałem też dowiedzieć się jaki nastrój chciałaby wykreować przy pomocy swoich prac. Oto co mi opowiedziała:

"Fotografia jest dla mnie odkrywaniem i kreowaniem. Czerpię z tego, co daje mi otaczająca rzeczywistość i różne bodźce przetwarzam przez swoje skojarzenia, odczucia i wyobrażenia i wyrzucam w postaci zdjęcia. Uważam, że dobre sfotografowanie czegoś to nie tylko sztuka patrzenia i pokazania, jak dany obiekt wygląda, to obserwowanie i w subiektywny sposób uwypuklenie najciekawszych dla fotografa elementów, niezależnie od tego czy zdjęcie jest bardziej spontaniczne, czy wyreżyserowane. Nie ma jednej, powszechnej dla wszystkich prawdy, którą powinien pokazywać fotograf, jak to jest w mniemaniu wielu ludzi, nawet fotoreportaż jest spojrzeniem jednej osoby. Obserwacja i możliwość uwiecznienia tego, co mnie w danym momencie ujmie jest oczywiście tym, co jako pierwsze najbardziej przyciąga do posiadania aparatu, chociaż w swoich pracach wolę raczej z elementów rzeczywistości układać swój świat, bo taką odczuwam potrzebę, lubię w ten sposób coś 'wypluć'. Osób pozujących mi do zdjęć nie traktuję jak tworzywa, tylko aktorów, z którymi próbuję stworzyć emocje widoczne później na obrazku, opowiedzieć coś, co wcześniej wymyślę sobie w głowie."

Zdjęcia Dominiki bardzo przypadły mi do gustu, toteż staram się z uwagą śledzić jej poczynania artystyczne. Częstokroć odnajduje w jej fotografiach odniesienia do ulubionych filmów czy literatury, którą cenię. Zdjęcia Dominiki potrafią być mroczne, oniryczne, wizyjne; występuje w jej pracach dbałość o detale i kompozycję kadru. Są też obecne niedopowiedzenia. Potrafię dostrzec w nich grozę, fantasmagorię, tajemnicę, ale także piękno, wrażliwość i słodycz. Nade wszystko jednak pasję tworzenia i bezmiar wyobraźni. Gorąco polecam czytelnikom mojego bloga zapoznanie się ze zdjęciami Dominiki, które znajdziecie poniżej:

https://www.facebook.com/DominikaSWRPhotography?fref=ts 
http://separatefromthehead.deviantart.com/ 

Seven Deaths in the Cat's Eye (1973) - recenzja













Ponownie zmarły niedawno Riz Ortolani i jego twórczość. Kolejny film okraszony muzyką włoskiego maestro, który postanowiłem odświeżyć po latach. I dobrze się stało, bo to bardzo atmosferyczny dreszczowiec. "La Morte Negli Occhi del Gatto" aka "Seven Deaths in the Cat's Eye" nakręcił w 1973 roku specjalista od stylowego horroru gotyckiego Antonio Margheriti, ale film powstał w okresie ogromnej popularności nurtu giallo we Włoszech. Rezultat: oniryczna kombinacja gotyckiego dreszczowca z lat 60-tych z krwawym "żółtym" thrillerem.

W prologu filmu mężczyzna zostaje zamordowany brzytwą, a jego ciało trafia do lochu rzucone na pożarcie kłębiącym się szczurom. Momentowi zbrodni przygląda się futrzasty kot. Piękna uczennica Corringa (Jane Birkin) powraca w rodzinne strony: do szkockiego zamku, by spotkać się z dawno nie widzianymi krewnymi. Przyjazd dziewczyny obserwuje ukrywający się za zasłoną goryl (?) będący oczywistym nawiązaniem do klasycznego opowiadania Edgara Allena Poe "Zabójstwo przy Rue Morgue". Corringa szybko poznaje grupkę ekscentrycznych krewnych zaludniającą zamek, w tym przypuszczalnie szalonego Jamesa McGrieffa (Hiram Keller). Dziewczyna zaczyna krążyć po zakamarkach ponurego zamczyska bacznie obserwowana przez tytułowego rudego kota. Wtedy ktoś zaczyna zabijać przy pomocy lśniącej brzytwy, a dotąd skrzętnie ukrywane sekrety rodu zaczynają wychodzić na jaw...

Adaptacja gotyckiej noweli Petera Bryana spełniła moje oczekiwania. Goryl (błędnie nazwany przez jedną z postaci orangutanem) i brzytwa jako narzędzie zbrodni to oczywiste mrugnięcia w stronę Rue Morgue Poego i zarazem pyszna zabawa gotycką konwencją (pajęczyny, kamienne gargulce, rodzinne klątwy, ukryte w ścianie przejście, podziemne korytarze pełne szczurów i nietoperzy, wreszcie raczej mało przekonująca wampiryczna legenda). Sceny morderstw brzytwą (podcinania gardeł) są odrobinę makabryczne, ale film stawia przede wszystkim na duszny klimat grozy i niesamowitości. Podobało mi się ujęcie a la "Suspiria" Dario Argento, w którym lśniące ostrze brzytwy pojawia się we framudze drzwi. Plus uroczy kłębiasty kot, lecz tym razem nie czarny jak w dwóch włoskich gialli z 1972 roku "Crimes of the Black Cat" i "Gently Before She Dies".

piątek, 24 stycznia 2014

Trauma/ Enigma Rosso (1978) - recenzja




Wczoraj zmarł w wieku 87 lat Riz Ortolani, zatem postanowiłem odświeżyć któryś z filmów do którego skomponował muzykę. Pierwszy mój wybór padł na "Trauma" (1978) Alberto Negrina - nieco ospałe giallo, którego akcja rozgrywa się w dużej mierze toczy się w szkole dla dziewcząt imienia Świętej Teresy. Film niniejszy można potraktować jako trzecią część trylogii Massimo Dallamano - po świetnym i kultowym giallo "What Have You Done to Solange?" (1972) oraz udanym miksie giallo i polizioteschi "What Have You Done to Your Daughters" (1974). Tym razem Dallamano był współautorem scenariusza do "Trauma" (1978).

Inspektor Gianni Di Salvo (Fabio Testi) prowadzi śledztwo w sprawie morderstwa młodej dziewczyny, której zwłoki wyłowiono ze zbiornika przy tamie. 16-latka została przed śmiercią zgwałcona tępym przedmiotem. Młodsza siostra zamordowanej Angeli przekazuje Di Salvo cenne informacje. Angela wraz z trójką dziewcząt ze szkoły Świętej Teresy była częścią kliki tzw. 'nierozłącznych' . Trójkę żyjących nastolatek ktoś prześladuje przy użyciu złowieszczych notek ("Śmierć przyjdzie po każdą z was"). Kiedy jedna z nich omal nie ginie w spowodowanym przez kogoś konnym wypadku Di Salvo stopniowo zaczyna odkrywać karty zbrodni powiązane z perwersyjnym seksem z bogaczami...

Przyzwoite giallo, choć bez ikonicznego dla nurtu mordercy w skórzanych czarnych rękawiczkach. Pomimo że pozbawione stylowych scen morderstw odznacza się perwersyjnym klimatem (scena orgii seksualnej w trakcie zabiegu aborcji) i sporą dawką damskiej golizny (wspólne prysznice). Podobały mi się zbliżenia na twarz rzeźby anioła oraz zawilgocone oko podglądacza, który obserwuje nagie dziewczęta pod prysznicem (w kwestii ujęcia ocznego Dario Argento się kłania). Fabio Testi do zapamiętania jako kochający koty inspektor, który bije podejrzanego w trakcie przejażdżki rollercoasterem. Umawia się także z kobietą (Christine Kaufmann) cierpiącą na kleptomanię. Jeśli chodzi o reżysera Alberto Negrina to mogę przysiąc, że miałem kiedyś nagrany z TVP1 jego film telewizyjny "Porwanie Achille Lauro" z 1990 roku.

"MV Lyubov Orlova" i kanibalistyczne szczury na pokładzie






















Dryfujący w pobliżu wybrzeża Wielkiej Brytanii statek-widmo. Na niszczejącym pokładzie mrowie kanibalistycznych szczurów, które pożerają się wzajemnie. I stanowią chorobotwórcze zagrożenie dla populacji Wielkiej Brytanii. Brakuje jeszcze jako ładunku trumny z Maxem Schreckiem, czyli słynnym ekspresjonistycznym wampirem Nosferatu. 24 stycznia 2014 roku brytyjski tabloid The Sun opisał, że zaginiony rosyjski statek polarny "MV Lyubov Orlova" zmierza ku brytyjskiemu wybrzeżu koło Devon i tam zamierza się rozbić. Pojawiły się także pogłoski, że ów Latający Holender... hmm, statek widmo rozbije się na zachodnim wybrzeżu Irlandii. Fakty są następujące. Polarny statek towarowo-pasażerski "MV Lyubov Orlova" zerwał się z holu 23 stycznia 2013 roku i od tego czasu dryfuje/bądź dryfował po wodach Atlantyku bez załogi, oświetlenia i zasilania. Wcześniej miano go zezłomować na Dominikanie z powodu długów armatora. 24 maja 2013 roku Kanadyjska Straż Przybrzeżna poinformowała, że od 12 marca nie widziano śladu "MV Lyubov Orlova" - statek mógł zatem zatonąć. Skąd owe rewelacje w brytyjskich tabloidach? Od szczurów lądowych? :-) No i jeszcze kanibalistyczne szczury... przecież jeśli zaczną zjadać się wzajemnie to same siebie wytępią. Uff, i po wydumanym przez brytyjskie tabloidy problemie... który ostatecznie okazał się plotką.

W czerwcu 2013 roku na Pacyfiku zaginął też sześcioosobowy jacht "Nina" płynący z Nowej Zelandii do Newcastle, Sydney. 4 czerwca wpłynął w sztorm; ostatnia wiadomość od jego członka załogi brzmiała "Żagle postrzępione ubiegłej nocy". Od lipca 2013 roku zaprzestano poszukiwań "Niny" na pacyficznym bezkresie.

Odwołanie koncertu Behemoth na Seven Festival

















Krótki komentarz ode mnie, bo doszły mnie słuchy, że na skutek ingerencji ze strony środowisk konserwatywno-katolickich odwołany został występ grupy Behemoth na Seven Festival 2014 w Węgorzewie. Miałem przyjemność uczestniczyć rok temu w węgorzewskim festiwalu - pojechałem, aby zobaczyć My Dying Bride na żywo. Znakomity koncert z rzędu tych, które zapamiętam na długo. W tym roku nie zamierzałem jechać do Węgorzewa, bo program festiwalu mi nie odpowiadał (Behemoth i Blindead widziałem, summa summarum, 8 razy na przestrzeni lat, inna sprawa, że bardziej mnie kusi Castle Party 2014 czy tegoroczny Brutal Assault). Niemniej na wieść o tym, że Behemoth nie wystąpi w Węgorzewie z powodu działań Ryszarda Nowaka, petycji podpisywanych przez mieszkańców Węgorzewa i kazań tamtejszych księży ostrzegających przed dewastacją miasta i propagowaniem satanizmu przychodzi mi do głowy tylko jedno: cenzura artystyczna i światopoglądowa toczy ten kraj niczym złośliwy nowotwór. Argumenty po stronie wojujących chrześcijan o twardych łbach są zawsze takie same: satanizm i jego propagowanie przez kapele black i death metalowe, odprawianie 'czarnych mszy', zgubny wpływ muzyki metalowej na młodzież, bluźnierstwa, żerowanie na emocjach ludzi starszych poprzez wbijanie im do głów, że dojdzie do rzekomej tragedii, ogólnie rzecz biorąc straszenie i manipulacja.  Słucham metalu od prawie 20 lat, zaliczyłem mnóstwo koncertów, w miarę mych raczej skromnych możliwości finansowych staram się wspierać ulubione kapele i rodzimą scenę metalową. I nadal mi się w głowie nie mieści, że można ot tak sobie odwołać zapowiadany koncert na który czekają rzesze fanów powołując się na wyrwane z kontekstu wypowiedzi, szerząc wybujałe plotki, manipulując emocjami katolików (duchowni o złotych językach umieją to doskonale) i strasząc czymś kompletnie nierzeczywistym (dewastacja Węgorzewa przez fanów Behemoth, czytaj 'satanistów'). Polska to prostacki kraj, gdzie knebluje się wolność artystyczną i światopoglądową zasłaniając się przy tym pustymi, kompletnie oderwanymi od rzeczywistości frazesami. Cywilizowany wcale nie musi oznaczać chrześcijański. Żyj i pozwól żyć innym. Szkoda, że ludzie, którzy stoją za odwołaniem koncertu Behemoth tego nigdy nie pojmą. A organizatorzy Seven Festival ugięli przed nimi karki zamiast z podniesionymi głowami walczyć o koncert zespołu.

Do przeczytania: http://m.wm.pl/2014/01/orig/list-behemoth-179589.jpg

Premiera "The Satanist" Behemoth 4 lutego 2014 roku. Kupcie tę płytę i wspierajcie rodzimą scenę metalową, która jest jedną z najprężniejszych na świecie.

Zmarł Riz Ortolani



























Nius filmowy tym razem, ale z racji tego, że całkiem niedawno odświeżałem sobie "Cannibal Holocuast" (1980) Ruggero Deodato warto go przytoczyć. 23 stycznia w wieku 87 lat w Rzymie zmarł Riz Ortolani, włoski kompozytor znany ze współpracy z wieloma reżyserami takimi jak Vittorio De Sica, Dino Risi, Damiano Damiani, Lucio Fulci, Gualtiero Jacopetti, Ruggero Deodato czy Pupi Avati. Do jego najsłynniejszych dzieł należą niewątpliwie soundtracki do "Mondo Cane/ Pieski świat" (1963) oraz wspomnianego powyżej "Cannibal Holocaust" (1980). Ortolani zmarł na kilka dni przed 50-rocznicą ślubu ze swoją żoną Katyną. Tworzył ścieżki dźwiękowe do gotyckich horrorów ("La Danza Macabra" z 1963 roku w reżyserii Antonio Margehriti), filmów akcji ("Bandyci w Mediolanie", 1968 rok, reż. Carlo Lizzani), krwawych westernów ("The Hunting Party" Dona Medforda z 1971 roku), filmów mondo (wspomniany "Mondo Cane", ale także "Goodbye Uncle Tom" z 1971 roku), filmów giallo ("Seven Bloodstained Orchids" w reżyserii Umberto Lenzi, 1971 rok, "Don't Torture a Duckling", 1972, reż. Lucio Fulci, "Seven Deaths in the Cat's Eye", 1973, reż. Antonio Margheriti, "Death Steps in the Dark", 1977, reż. Maurizio Pradeaux, "Enigma Rosso", 1978, reż. Alberto Negrin), video nasties (wspomniany "Cannibal Holocaust" oraz "House on the Edge of the Park" z 1980 roku, również w reżyserii Ruggero Deodato), slasherów ("There Was a Little Girl", 1981, reż. Ovidio G. Assonitis), zombie horrorów ("Zeder", 1983, reż. Pupi Avati), horrorów nurtu animal attack (dwie części "Krokodyla zabójcy" w reżyserii Fabrizio De Angelis). Jego wielkim miłośnikiem był Quentin Tarantino, który umieścił kompozycje Ortolaniego w "Kill Bill", "Bękartach wojny" i "Django". Dziś odświeżam jakiś film/y z muzyką Ortolaniego, a Wy?

Odszedł muzyczny geniusz, którego stawiam na równi z osławionym Ennio Morricone.

http://www.youtube.com/watch?v=D9nKgvenmCw

środa, 22 stycznia 2014

Malowane czaszki z austriackiego Hallstatt






















W związku z tym, że 1 lutego moja siostra wyjeżdża do pracy do Austrii dzisiejszy post będzie dotyczyć malowniczego miasteczka Hallstatt znajdującego się pomiędzy Alpami Salzburskimi a jeziorem Halsztackim. Z powodu położenia miasteczka na początku XVIII wieku jego mieszkańcom zaczęło brakować miejsca na pochówek zmarłych. Wówczas wybudowano Beinhaus (Dom Kości) w pobliżu cmentarza, gdzie zaczęto gromadzić czaszki nieobecnych członków rodziny i krewnych. Gdy umierał ktoś z danej rodziny grzebano go w cmentarnej glebie na okres 10-15 lat, potem pozostałości ekshumowano, kości pozostawiano na słońcu, by zbielały, po czym pozostawiano je w kostnicy Hallstatt obok szczątków kostnych innych członków rodziny. Aby zachować tożsamość zmarłej osoby od około 1720 roku zaczęto malować czaszki. Obecnie w halsztackim ossuarium znajduje się 1200 czaszek, z czego 610 jest pomalowanych. Malowano imię zmarłego, datę urodzin i śmierci oraz symboliczne wzory (czaszki kobiet - wzór kwiatowy, czaszki mężczyzn - motyw bluszczu). Najmłodsza czaszka pochodzi od kobiety zmarłej w 1983 roku, jej czaszkę umieszczono zgodnie z jej życzeniem w Beinhausie w 1995 roku.

Płyta tygodnia: Burial Hordes "Incendium" (2014)



























Kiedy potrzebuję świeżego zastrzyku nienawiści szukam płyt brutalnych i bezkompromisowych. Trzeci album greckiej black metalowej hordy Burial Hordes zatytułowany "Incendium" (2014) stanowi jednak pewnego rodzaju zaskoczenie, zwłaszcza w kontekście dwóch poprzednich płyt zespołu "War, Revenge and Total Annihilation" (2005) i "Devotion to the Unholy Creed" (2008), mocno osadzonych w brzmieniu prekursorów black metalu (Darkthrone, Mayhem, Hellhammer, itd.). Na "Incendium" Burial Hordes poszedł jednak lekko w kierunku dysonansów gitarowych znanych z francuskich Deathspell Omega i Blut Aus Nord, co dodatkowo uwypukliło opresyjną atmosferę ich najnowszego krążka. Po łacinie 'incendium' znaczy tyle, co piekło, żar i właśnie ów żar nienawiści czuć w trakcie obcowania z Grzebalnymi Hordami. Zło i zgnilizna toczą "Incendium" i to jest, cholera jasna, piękne w tym bezkompromisowym ochłapie greckiej blasfemii. Podoba mi się bestialska praca gitar Psychaosa (znanego z Dead Congregation) i Necro (Enshadowed, Respawn the Plague, Vomit Church), nacisk na death metalowy growling ze strony Chthonosa oraz monolityczne miażdżenie w stylu wolniejszych kawałków szwedzkiego Marduk np. w takich numerach jak "Horns of Consecration" czy posępny, niemal black doomowy "Scorned (Aokigahara") - samo nawiązanie do japońskiego lasu samobójców Aokigahara pod wulkanem Fudżi, czyli osławionego Morza Drzew (Jukai) jest ze wszech miar intrygujące. Brzmienie "Incendium" jest potężne i klarowne, co w znaczący sposób uprzyjemnia słuchanie. Czekam na odpowiedź krajanów z Dead Congregation i hiszpańskich szaleńców z Teitanblood. Nie przepadam za pisaniem przesadnie długich recenzji, po prostu zapoznajcie się z tym albumem jak najszybciej. Oficjalny streaming tutaj:

http://www.terrorizer.com/news/streams/stream-burial-hordes-new-album-incendium-exclusively-terrorizer/

Godne plecenia: Heathen Harnow



Jest wiele przepięknych miejsc na Ziemi. Miejsc nie skażonych przez ludzką obecność, pierwotnych, cudownych arterii Natury. Fascynują mnie majestatyczne wulkany, górskie granie, osamotnione wyspy, lodowate pustynie Antarktydy i Arktyki, nieprzebyte leśne ostępy, szeleszczące strumienie, torfowiska, mokradła, ukryte w cieniu strzelistych sosen jeziora. Tak samo dalekie pozaziemskie światy, o których marzy ten, kogo jeszcze stać na wyobraźnię. Drażnią mnie miejskie molochy, pełne zanieczyszczeń, tępej agresji i przytłaczającej obojętności. Dlatego mocno porusza mnie taka muzyka, jaką prezentuje na swojej debiutanckiej EP-ce "Flykt" (2013) Heathen Harnow, czyli Hans Ludvig Harnow Swärd, ex-wokalista progresywno black/death metalowego Eingana.

Folk ambient/etheral dark folk Heathen Harnow przy pierwszym obcowaniu z tymi dźwiękami nasunął mi skojarzenia z Arcaną i Wardruną. Nieprzypadkowo, ale HH z tego co się orientuję nie wypiera się inspiracji - przynajmniej tym drugim zespołem. Niemniej stara się tworzyć coś własnego, eterycznego, nastrojowego, mocno osadzonego w ancestralnej przeszłości. W trakcie odsłuchu "Flykt" wskazane jest przenieść się wyobraźnią w głąb zamglonych szwedzkich lasów, w miejsca, gdzie nie dotarła jeszcze niszczycielska cywilizacja. Tam, gdzie ścieżki nikną w poszyciu wśród porannych mgiełek... To co przemawia do mnie w tego typu dark folkowych przestrzeniach to przede wszystkim hipnotyczno-rytualistyczna aura w blasku Księżyca. HH prowadzi na tumblr imponującego fotobloga na którym zamieszcza przepiękną mozaikę zdjęć ze szwedzkich uroczysk. Polecam tam zajrzeć.
"Flykt" do odłuchu poniżej (na razie wyłącznie w wersji cyfrowej):
http://www.youtube.com/watch?v=GP8VTwWLxl4
Fotoblog: http://heathenharnow.tumblr.com/

wtorek, 21 stycznia 2014

Polytechnique/ Politechnika (2009) - recenzja















6 grudnia 1989 roku, Ecole Polytechnique w Montrealu. Uzbrojony w myśliwski nóż i pół-automatyczny karabinek Ruger Mini-14 25-letni Marc Lépine (imię nadane mu przez ojca: Gamil Rodrigue Liass Gharbi) udaje się do sali wykładowej (Pokój 303) mieszczącej się na drugim piętrze uczelni. Tam nakazuje pięćdziesięciu męskim słuchaczom wyjść, a wszystkim kobietom zostać na miejscu. Mówiąc, że walczy z 'feminizmem' z zimną krwią morduje 6 z nich. Potem krąży korytarzami, dociera na stołówkę i do innej sali wykładowej (Pokój 311). Strzela prawie wyłącznie do kobiet. Łącznie zabija 14 z nich, kolejne 10 rani, rani też 4 mężczyzn. Po trwającej 20 minut masowej rzezi popełnia samobójstwo. O owym kanadyjskim Columbine opowiada elegijny dramat "Polytechnique" (2009) w reżyserii Denisa Villenueve.

Villenueve wstrzymał się od natrętnego moralizowania i oceny poczynań masowego mordercy Marca Lépine, ale jednocześnie pokazał, że kobiety wciąż spotykają się z podejrzliwym traktowaniem gdy np. oświadczą, że chcą studiować aeronautykę. Film został nakręcony w subtelnej czerni i bieli, co nadało mu intrygującą surowość. Masakra dokonana przez Marca widziana jest z perspektywy studentki Valerie i studenta Jeana-Francisa. Ogląda się "Polytechnique" niemal niczym paradokument. Zabrakło mi jednak dogłębnej analizy psychologicznej sprawcy masowego mordu, w końcu jego nienawiść do kobiet nie wzięła się znikąd. Film jest porządnie zagrany, stara się trzymać faktów oraz potrafi być intensywny i przejmujący. Wracając na moment do feminizmu Marc Lépine stał się dla wojujących feministek niejako symbolem męskiej przemocy wobec kobiet. No bo skoro nienawidził feminizmu to automatycznie należy przyjąć, że nienawidził kobiet. Nie jest to jednak takie proste. Lépine dorastał w niestabilnej i dysfunkcjonalnej rodzinie. Nienawidził ojca, który bił go, jego matkę  i rodzeństwo. Ojciec Marca był osobnikiem autorytarnym, patologicznie zazdrosnym, cechowała go nienawiść do kobiet, które miały służyć mężczyznom. W takim toksycznym środowisku rodzinnym wychował się Marc. Nadto nigdy nie spał z kobietą. Zapomina się też, że jeden ze studentów po wyjściu z sali wykładowej w której Lepine zabił 6 kobiet przeżył tak silną traumę, że osiem miesięcy po tragedii w Ecole Polytechnique powiesił się. Sarto Blais obwiniał siebie, że nie powstrzymał Lepine'a. 11 dni potem samobójstwo popełnili rodzice samobójcy. Zatem masakra w Montrealu dotknęła również mężczyzn. Cieszę się, że Villenueve to zauważył.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Nietypowa skała odkryta przez łazik Opportunity

















Przed kilkoma dniami przed marsjańskim łazikiem Opportunity pojawiła się 'znikąd' skała o nietypowym składzie i o kształcie przypominającym pączek z marmoladą. Niestrudzony łazik Opportunity działa na powierzchni Marsa od 25 stycznia 2004 roku i w najbliższą sobotę upłynie dziesięciolecie jego pracy geologicznej. Do tej pory przebył 38 km i działał przez 3552 Sole (Sol = marsjańska doba trwająca 24 godziny, 39.5 minut). Odkryty przez Opportunity skalny fragment nazwany 'Pinnacle Island' był ciemnoczerwony pośrodku z białymi krawędziami. Wylądowanie skały na drodze łazika mogło zostać spowodowane przez pobliski impakt meteorytu, ale obecności krateru uderzeniowego nie stwierdzono. Łazik manewrował na trasie, co mogło spowodować przewrócenie/strącenie skały, która zablokowała jego koło. Skład: duża zawartość siarki, duża zawartość magnezu i duża zawartość manganu. Czyżby zagadkowa skała była owocem pozaziemskiej (czytaj: marsjańskiej) ingerencji? :-)

We wrześniu 2013 roku łazik Curiosity wykrył obecność wody w marsjańskiej glebie, a w grudniu ubiegłego roku ślady antycznego jeziora.

Monolity skalne Antarktydy





























W ramach eksploracji niedostępnych dla zwykłego śmiertelnika skrawków lądu przenieśmy się na subantarktyczny archipelag Wysp Balleny. Wyspy są niezamieszkane i pochodzenia wulkanicznego. Trzy największe powierzchniowo to Young Island, Sturge Island i Buckle Island. Znajdują się na nich pokryte śniegiem stratowulkany Freeman Peak (1340 m, aktywne fumarole, data erupcji nieznana), Brown Peak (1524 m, nigdy nie zdobyty, daty erupcji nieznane, choć w czerwcu 2001 roku mogła nastąpić jego erupcja) oraz nienazwany stratowulkan na Buckle Island o wysokości 1239 metrów (niepotwierdzona erupcja w 1899 roku). Wyspy zamieszkują kolonie pingwinów Adeli oraz pingwinów maskowych. Zaintrygował mnie wygląd skały zwanej Penguin Rock w pobliżu wysepki Sabrina (zdjęcie polarnika Dennisa Fostera). Podobnie Favreau Pillar - monolityczna kolumna wystająca z morza z głębokości 80 metrów, a znajdująca się w pobliżu innego subantarktycznego archipelagu Wysp Possession. Krajobrazy nie z tego świata!