niedziela, 31 sierpnia 2014

Hellspawn i Pandemonium u Bazyla, 30 sierpnia 2014 roku (fotorelacja)

Znowu szybka decyzja o zajrzeniu do Bazyla na koncert metalowy. Tym razem na rodzime Pandemonium (ich koncert widziany ostatnio na Castle Party 2014) i Hellspawn. Na miejscu od razu rzuciła się w oczy słaba frekwencja. Na Facebooku ktoś wrzuca wydarzenie koncertowe, chęć przyjścia deklaruje ponad 110 osób (ja nie zadeklarowałem, tak naprawdę decyzja o wbiciu na ten koncert była spontaniczna), a nie przychodzi nawet połowa. Polscy maniacy metalu powinni wspierać rodzimą scenę i pamiętać o tak znaczących kapelach jak Pandemonium, ale bywa inaczej. Na przyszłych koncertach Vader i Behemoth sale koncertowe pewnie będą pękać w szwach.

Death metalowy Hellspawn z Wielunia, który supportował Pandemonium zaczął grać jakoś przed 21. Przyznam się bez bicia, że ich muzykę usłyszałem po raz pierwszy - może dlatego, że death metalowego gruzu słucham od kilku lat coraz rzadziej skupiając się (wybiórczo) na doom metalu i black metalu. Intensywny, brutalny i szybki death metal Hellspawn sprawił mi jednak całkiem sporo radochy. Interesujące riffy, ciekawe rozwiązania aranżacyjne, soczysta i wyrachowana brutalność skondensowana w 2-3 minutowych ciosach, ale bez popadania w nudną i jałową przesadę. Jest szybko i ekstremalnie, ale też pojawiają się miażdżące wolne partie, które nadają death metalowi Hellspawn odpowiedniej dozy zróżnicowania. Będę musiał sięgnąć po jakieś ich wydawnictwo, najpewniej po "The Great Red Dragon" (2012), gdyż wyczułem w muzyce Hellspawn inspiracje Morbid Angel, Nile czy Deicide.

Weterani z Pandemonium zawładnęli sceną Bazyla jakoś po 22 i zagrali ponad 50-minutowy diaboliczny gig. Każdy kto interesuje się choć w niewielkim stopniu historią polskiego death metalu powinien słyszeć o Pandemonium. Ostatnio ukazała się wydana przez GodzOvWar Production rozszerzona re-edycja ich kultowego demo z 1992 roku "Devilri", którą, rzecz jasna, warto nabyć. Koncert Pandemonium okazał się oczywiście strzałem w dziesiątkę. Zespół zabrzmiał potężnie i złowieszczo, usłyszałem m.in. "The Black Forest" z "Misanthrophy" (2012) czy tytułowy "Devilri". Pod sceną grupa młodych maniaków urządziła szaleńcze pogo - przynajmniej w trakcie odegrania początkowych numerów z set-listy (później byli zbyt wymęczeni). Mniej więcej w połowie koncertu poleciałem na stoisko z merchem, aby pogrzebać trochę w płytach CD. Eryk z Old Temple sprzedaje płyty w śmiesznej cenie 18 zł za sztukę (takie ceny CD to rozumiem!), zatem zacząłem szperać szukając krążków death doomowych czy funeral doomowych. Zakupiłem sobie re-edycję "Shadows of the Unknown" (1994) holenderskiego Mystic Charm wzbogaconą o demo z 1992 roku oraz rosyjski Abstract Spirit "Tragedy and Weeds" (2009). Szkoda, że nie wziąłem więcej kasy ze sobą. :-)

Pozdrowienia dla Magdy i Sebastiana, których kojarzyłem z Castle Party 2014 i miałem okazję wczoraj poznać. Na pewno zwracają na siebie uwagę przebywając na koncertach w charakterystycznych maskach. Tak trzymać!

czwartek, 28 sierpnia 2014

Jaskinia Kitum rezerwuarem wirusa Marburg?



















Afryka nadal nie może sobie poradzić z wybuchem epidemii Ebola w Liberii, Sierra Leone, Gwinei i Nigerii. W tej chwili od początku epidemii mamy 3069 podejrzewanych i potwierdzonych przypadków zachorowań na Ebola, w tym 1552 zgony. Statystyka śmiertelności wynosi 52% (42% w Sierra Leone, 66% w Gwinei). Wybuch oddzielnej epidemii stwierdzono laboratoryjnie w Demokratycznej Republice Kongo - pomiędzy 28 lipca a 18 sierpnia 24 podejrzewane przypadki gorączki krwotocznej Ebola, w tym 14 zgonów.

Ale nie o Ebola będzie dzisiaj, lecz o wirusie Marburg wywodzącym się z rodziny filowirusów (wysoce wirulentnych patogenów o zdolności spowodowania wybuchu lokalnej epidemii). Epidemie i sporadyczne zakażenia wirusem wybuchały w Kongo, Angoli, Kenii i RPA. Zarażenie poprzez bliski kontakt z krwią i wydzielinami ciała chorego (ślina, odchody, uryna, wymiociny). Objawy: ostry ból głowy, wysoka gorączka, bóle mięśni, gwałtowne osłabienie, ostra biegunka, mdłości i wymioty rozpoczynają się zazwyczaj trzeciego dnia od infekcji. Pacjenci znajdują się wówczas w stanie ekstremalnego letargu. Tak jak w przypadku wirusa Ebola występuje krwawienie z różnych otworów ciała, w tym z nosa, dziąseł i waginy. Ma to miejsce po 5-7 dniach od infekcji. W kilku przypadkach odnotowano zapalenie jądra. Śmierć następuje w niektórych przypadkach po 8-9 dniach od zarażenia, zazwyczaj wskutek utraty krwi i szoku. Po raz pierwszy do epidemii wirusa Marburg doszło w 1967 roku w Niemczech (Frankfurt i Marburg) i byłej Jugosławii. Pracownicy laboratorium mieli kontakt z koczkodanami z Ugandy (25 potwierdzonych przypadków, 7 zgonów), a konkretnie z krwią małp. Wreszcie dochodzimy do jaskini Kitum znajdującej się w wygasłym wulkanie tarczowym Elgon w Kenii. Na ścianach długiej na 200 metrów jaskini odnajdziemy liczne zadrapania i ślady po pazurach. Słonie, bawoły, antylopy, hieny czy leopardy przez setki lat wędrowały do Kitum, aby zlizywać znajdujące się tam pokłady soli.

8 stycznia 1980 roku 56-letni Francuz zaraził się wirusem Marburg prawdopodobnie w jaskini Kitum. Umarł 15 stycznia w szpitalu w Nairobi - nie pomogły zabiegi resuscytacji. 9 dni później zachorował jego lekarz Shem Musoke, ale udało mu się wydobrzeć (szczep wirusa Musoke). 13 sierpnia 1987 roku 15-letni Duńczyk od miesiąca przebywający w Kenii trafił do szpitala z objawami gorączki, apatii, wymiotów i bólu głowy. Diagnoza: wirus Marburg, szczep Ravn (od nazwiska pacjenta). Dziewięć dni wcześniej pacjent przebywał w jaskini Kitum. Mimo natychmiast podjętej terapii chłopiec umarł po 11 dniach pobytu w szpitalu.

Czy wirus Marburg kryje się w jaskini Kitum? Całkiem możliwe, choć nowych przypadków zakażeń nie stwierdzono. Jaskinia Kitum nie jest przyjemnym miejscem. Gnieżdżą się tam setki drapieżnych i pożerających owoce nietoperzy (być może zwierzęcych wektorów wirusa). Można się też natknąć na obfite zasoby nietoperzowego guana (być może to wdychanie guana sprzyja infekcji wirusem Marburg) oraz rozpadlinę, w której bieleją kości słoni, które w nią wpadły.

Rosjanie pracowali w laboratoriach biologicznych zarówno nad wirusem Ebola, jak i Marburg. W 1988 roku doktor Nikolai Ustinov zaraził się wirusem Marburg (szczep MARV) po przypadkowym ukłuciu się igłą. Umarł w męczarniach. Ustinov pracował nad arsenałem sowieckiej broni biologicznej. Jego dziennik był pokryty krwią i musiał zostać zniszczony. Po jego śmierci rosyjscy naukowcy wyodrębnili wysoce wirulentny szczep wirusa Marburg, który można było przenosić drogą powietrzną. Ku czci Ustinova ów szczep nazwano Wariant U.

wtorek, 26 sierpnia 2014

Płyta tygodnia: Ghast "Dread Doom Ruin" (2014)



















Dawno nie pisałem o muzyce. Sierpień był też kompletnie jałowy jeśli chodzi o koncerty (z przyczyn finansowych znowu nie wybrałem się mimo najszczerszych chęci na Brutal Assault). Na brytyjskie trio Ghast zwróciłem uwagę już parę lat temu słuchając ich fenomenalnego utworu otwierającego krążek "May the Curse Bind" (2008) pod tytułem "Crawl, Blighted and Afraid". Już ten kawałek uświadomił mi, że mam do czynienia z cholernie obiecującą kapelą z Walii. Ta muzyka emanowała najczystszym złem i wrogością, była brzydka, posępna i jednocześnie na schizofreniczny sposób melodyjna. Plugawy black doom prosto z najczarniejszych otchłani katakumb. Zwyrodniałe black metalowe wokale niejakiego Richarda Williamsa (Arrrrrracha) przypominały mi wulgarny rzyg Killjoya z kultowej Necrophagii (swoją drogą kapeli, którą bardzo cenię; znać ją powinien każdy szanujący się fan horroru i kina gore, chyba że kompletnie nie siedzi w mocniejszych dźwiękach). Z radością przyjąłem zatem ukazanie się drugiego długograja Ghast pod wymownym tytułem "Dread Doom Ruin" (EP-ka z 2010 roku "Terrible Cemetery" też jest godna odsłuchu i to niejednego!) Surowy black doom zawarty na "Dread Doom Ruin" tak jak i na poprzednich wydawnictwach zespołu charakteryzuje się odpychającą atmosferą i negatywną energią. Świetne riffy, dronujące partie basu, intrygujące zmiany tempa, pełne nienawiści black metalowe wokale, nadto dość specyficzny nekro-nastrój tworzą skondensowaną bryłę black doom metalu. I to nie byle jakiego black doom metalu. Nic tylko założyć słuchawki i pohasać nocą po obmywanym strugami deszczu mauzoleum. No dobra, trochę popuściłem wodzę fantazji. Dla zachęty ""Crawl, Blighted and Afraid" z debiutu.

https://www.youtube.com/watch?v=tLRaCVMzPTI

Ulubiony wałek z "Dread Doom Ruin": na chwilę dzisiejszą "Grave Cult Woe".

Victor Noir i cmentarna erotyka
























Paryż, cmentarz Père Lachaise. Miejsce pochówku Fryderyka Szopena, Oscara Wilde'a, Jima Morrisona, Gustave Dore'a czy Edith Piaf. Tam spoczywa też w kwaterze 92 dziennikarz Yvan Salmon znany jaki Victor Noir, który niejednokrotnie ośmielił się krytykować w swoich tekstach Napoleona III i Cesarstwo. Został w 1870 roku zastrzelony przez Księcia Pierre'a Bonaparte. Na jego pogrzeb przyszło podobno ponad 100 000 ludzi. Rzeźbiarz Jules Dalou wyrzeźbił mu realistyczny grób z brązu. Elegancki dżentelmen w martwym śnie, kapelusz leżący przy jego boku. I wydatna erekcja post-mortem. Dość powiedzieć, że grób Victora Noira działa stymulująco na niektóre kobiety. Pocieranie jego przyrodzenia czy wręcz stosunek seksualny z Victorem Noirem ma jakoby zapewniać płodność (a pozostawienie kwiatów szczęście w miłości). Chciała się o tym przekonać królowa burleski Ditta Von Teese, eks-żona Marilyna Mansona. Grób Victora ma jak widać wiele wielbicielek. Nic dziwnego że jego usta i penis lśnią. Poniekąd przypominają mi się erotyzujące horrory wampiryczne Jeana Rollina, których akcja nader często zahaczała o francuskie cmentarze (a zwłaszcza poetycki "The Rose of Iron" z 1973 roku).

Ostatnio przeczytałem też o zatrzymaniu przez ochronę obiektu Francuza i dwójki Włoszech, którzy chcieli sforsować ogrodzenie ruin starożytnych Pompejów, by uprawiać seks. Ludzie mają różne fantazje i upodobania erotyczne.

Axlar-Björn: Islandzki seryjny morderca



















Wczoraj zacząłem się zastanawiać czy moja ukochana Islandia miała w swojej jakże bujnej historii seryjnych morderców. Natrafiłem wówczas na Axlara-Björna, podobno postać historyczną, acz będącą bohaterem paru opowiastek folklorystycznych z dreszczykiem. Axlar od nazwy farmy na której mieszkał, Björn to było jego imię, nazwisko Pétursson. Jego żona Þórdís stała się później jego wspólniczką.

Podobno w trakcie ciąży matka Björna piła w ukryciu ludzką krew. Aby temu zaradzić mąż kobiety podsunął jej własną do konsumpcji. Wówczas ciężarna zaczęła mieć koszmary w których jakby przeczuwała, iż jej jeszcze nienarodzone dziecko będzie w przyszłości potworem. Björna w wieku pięciu lat ubodzy rodzice oddali w opiekę bogatemu krewnemu-farmerowi. Pewnego dnia wszyscy poszli do kościoła, a Pétursson jeszcze spał. Przyśnił mu się nieznajomy, który poczęstował go mięsem. Björn zjadł 18 kawałków mięsiwa, ale przy dziewiętnastym zaczął się dusić. Jako nagrodę za to, że Björn podołał zjedzeniu tylu kawałków mięsa nieznajomy podpowiedział mu gdzie pod skałą ukryta jest siekiera. Gdy ją znajdzie to pewnego dnia stanie się sławny. Björn ją odnalazł, po czym zniknął jeden z jego krewnych.

Będąc dorosłym Björn ożenił się z jedną ze służących z farmy i otrzymał własną farmę Öxl położoną pod wulkanicznym wzniesieniem Axlarhyrna (433 m), rejon wulkanu Snæfellsnes, zachodnia Islandia. Zastanawiano się ile koni Björn posiada, podejrzewano że je kradnie, a właścicieli zwierząt się pozbywa. U Björna zatrzymywało się wielu wędrowców, którym farmer miał obowiązek zapewnić wikt i opierunek. Jeden z nich nie mógł spać. Zajrzał pod łóżko i odnalazł tam trupa mężczyzny. Wędrowiec domyślił się, że ofiara została zamordowana, a jego czeka ten sam zgubny los. Położył zwłoki w swoim łóżku, przykrył kocem, a sam ukrył się pod łóżkiem. Nocą przyszedł Björn wraz z żoną i bez wahania zatopił ostrze siekiery w ciele leżącym na wyrze. Trup nie wydał żadnego dźwięku o co zapytała Þórdís ("Dlaczego nie walczy kiedy umiera?"). Morderczy Björn odparł: "Lekko westchnął. Uderzyłem go dobrze i mocno, kobieto." Kiedy oddalili się prawie sparaliżowany strachem wędrowiec wydostał się spod łóżka i zbiegł.

Stosunki między Björnem a jego krewnym-opiekunem znacznie się ochłodziły, gdy krewki Björn pogonił go siekierą. Tydzień Wielkanocny był dżdżysty i zimny. Na farmę Björna dotarli siostra i młodszy brat. Dostali schronienie i ciepłą odzież. Zaniepokoiła ich jednak kołysanka śpiewana przez starą babę usypiającą niemowlę. Zjedli posiłek. Nieświadoma zagrożenia dziewczyna poszła do innej części farmy. Po pewnym czasie jej brat usłyszał przerażający odgłos. Zerwał się na nogi podejrzewając, że siostra jest mordowana. Wybiegł do stajni, a za nim dzierżący siekierę Björn. Chłopiec wydostał się przez okno szopy i ukrył w dziurze na pobliskim polu lawy. Kiedy Björn zaprzestał jego poszukiwań chłopiec wydostał się z rozpadliny i pobiegł na sąsiedzką farmę. Farmer zabrał go do lokalnego szeryfa.

W Niedzielę Wielkanocną roku 1596 szeryf wraz z dwójką rosłych mężczyzn udali się na farmę Björna Péturssona. Towarzysze szeryfa rozpoznali ubiór Björna jako należący do pomocnika na farmie, który zaginął dwa lata temu. Björna oskarżono o zamordowanie mężczyzny i siostry uciekiniera. Björn przyznał się łącznie do 18 morderstw - pierwszą ofiarę pogrzebał w stosie łajna w krowiej oborze, zwłoki pozostałych obciążył kamieniami i utopił w pobliskim stawie z pomocą żony. Oboje zostali skazani na śmierć, ale egzekucja Þórdís została odroczona do momentu aż ciężarna morderczyni powiła dziecko. W rzeczywistości Þórdís jedynie poddano biczowaniu. Björna torturowano przed śmiercią młotkiem łamiąc mu kości, w końcu ucięto mu głowę siekierą. Egzekucji dokonał jego kuzyn Ólafur.

niedziela, 24 sierpnia 2014

Opuszczony domek w Baranowie
























Jako że dzisiaj niedziela, a nie lubię spędzać weekendu zbyt leniwie (w dodatku islandzki podlodowcowy wulkan Bárðarbunga uparcie nie chce wybuchnąć) wybrałem się na rower. Krążąc po Baranowie postanowiłem zahaczyć o pewien opuszczony domek znajdujący się w pobliżu stacji benzynowej. Intrygują mnie opuszczone, zatęchłe, przeżarte zgnilizną miejsca zatem postanowiłem tam podjechać i popstrykać trochę fotek. Kiedy i w jakich okolicznościach ów domek został opuszczony i zrujnowany nie mam pojęcia. Kibla w nim stojącego postanowiłem nie otwierać. Na poddasze też się nie wspiąłem. W każdym bądź razie ktoś tam śpi albo niegdyś spał. Dobrej nocy kimkolwiek jesteś.

piątek, 22 sierpnia 2014

Elugelab... była sobie wysepka















1 listopada 1952, godzina 7.15 am. Pierwsza próba detonacji bomby wodorowej w ramach operacji "Ivy". Atol Eniwetok, Wyspy Marshalla, Pacyfik. Łącznie 40 małych wysepek i atoli - jedna z nich ongiś istniała... Od 1947 roku atol Eniwetok był miejscem testowym USA dla bomb atomowych. Przykładowo w trakcie "Operacji Sandstone" w kwietniu i maju 1948 roku zdetonowano na Eniwetok trzy ładunki nuklearne. Do przetestowania bomby wodorowej "Ivy Mike" wybrano wysepkę Elugelab, gdyż znajdowała się ona daleko od największej wyspy atolu Parry, na której stacjonowało wojsko i naukowcy. Moc bomby wodorowej "Ivy Mike": 10.4 megaton, czyli ekwiwalent 10.4 milionów ton TNT. W trakcie eksplozji atomowy grzyb sięgnął wysokości 37 km. Wyspa Elugelab zniknęła. Wyparowała. W jej miejscu zieje krater o średnicy 1.9 km i głębokości 50 metrów. Powstałe wskutek wybuchu fale oczyściły pobliski ląd z wegetacji, miał miejsce opad radioaktywnych fragmentów korali na statki znajdujące się 48 km od miejsca detonacji.

W latach 1948-58 na Eniwetok zdetonowano 43 ładunki nuklearne. Mieszkańcy Eniwetok zostali wysiedleni na atol Ujelang. Eniwetok jest po dziś dzień upstrzony kraterami, błękitna dziura zwie się Lacrosse. Od 1979 roku na jednym z kraterów post-detonacyjnych na wyspie Runit tkwi betonowa kopuła zwana Cactus Dome - pogrzebano w niej skażoną ziemię z obszarów testowych. Z wolna kopułę Runit pożera wegetacja. Kopuła stopniowo pęka. Jej wymiary to 111 metrów średnicy i 7.5 metra wysokości.

Atol Bikini - miejsce skażenia i raj dla nurków

















Pod koniec 1945 roku pacyficzny atol Bikini (Wyspy Marshalla) wybrano do testowania broni atomowej przez USA. Jak wiadomo, "Trinity" będąca pierwowzorem bomb atomowych zrzuconych na Hiroszimę i Nagasaki została zdetonowana w Nowym Meksyku. Mieszkańców atolu Bikini wysiedlono w 1946 roku (z zapewnieniem że wrócą za trzy miesiące - nie wrócili już na stałe nigdy) na pobliski atol Utirik, by wojsko amerykańskie mogło w spokoju testować broń nuklearną. Pierwszy ładunek jądrowy zdetonowano w Bikini 1 lipca 1946 roku. Na miejscu pozostawiono 250 opuszczonych statków. Te z nich które nie zostały zniszczone bądź nie zatonęły wskutek detonacji poddano kolejnej próbie nuklearnej miesiąc później. Pomiędzy 1946 a 1954 rokiem na atolu Bikini przeprowadzono blisko 20 próbnych eksplozji nuklearnych. Przykładowo detonacja bomby wodorowej "Castle Bravo" 1 marca 1954 roku (1000 razy silniejsza od bomby atomowej zrzuconej na Hiroszimę) spowodowała wyparowanie trzech wysepek i uformowała krater o szerokości 2 km i głębokości 73 metrów - obecnie dość popularne miejsce do nurkowania. Woda wówczas wrzała, gdy temperatura sięgnęła 55 000 stopni Celsjusza, uformowały się 30-metrowe fale które niosły za sobą odłamki koralu. Paliwem bomby wodorowej "Castle Bravo" ("Shrimp" - krewetka) był wcześniej przetestowany przez Sowietów deuterek litu - lit wzbogacono w taki sposób, że zawierał 40% litu-6 i 60% litu-7. Ten ostatni izotop spowodował zwiększenie mocy bomby z przewidywanych 4-8 megaton do 15 megaton. Za sprawą niekorzystnych wiatrów opad radioaktywny skaził pobliskie atole. Nieświadome zagrożenia dzieci łapały 'białe płatki' radioaktywnego 'śniegu' opadające z nieba. Na chorobę popromienną (objawy: wymioty, biegunka, wypadanie włosów, poparzenia zewnętrzne i wewnętrzne, uszkodzenie wzroku) zapadła załoga japońskiego kutra "Daigo Fukuryū Maru" (statek znajdował się w odległości 140-170 km od miejsca wybuchu, dziś można go podziwiać w muzeum w Tokio), wielu mieszkańców Wysp Marshalla i grupa naukowców obserwująca detonację z łodzi oddalonej od miejsca detonacji o 60 km.

Co znamienne blisko 50 lat po tej eksplozji biolodzy odkryli, że koralowce zaczęły kolonizować lagunę. Przypomina mi się analogiczna sytuacja z Czarnobylem i Prypecią do których po latach powróciły flora i fauna.

Atol Bikini po dziś dzień upstrzony jest cementowymi blokami, pozostałościami wojskowych bunkrów i mostów, a w jego przybrzeżnych wodach znajdują się liczne (permanentnie skażone) wraki statków. I choć wizyta na Bikini obecnie nie zagraża życiu gleba jest nadal skażona. Kokosy są radioaktywne, roślinność przesiąkła cezem-137 i innymi radioaktywnymi izotopami. Wszelka żywność na atolu jest importowana. Po 60 latach od nuklearnych testów mieszkańcy atolu wciąż boją się na niego powrócić.

Stare dobre USA domagające się od innych państw "likwidacji arsenałów z bronią chemiczną/biologiczną/masowej destrukcji". Mimo wszystko atol Bikini to piękne miejsce, a wielbiciele nurkowania mają tam co eksplorować.

https://www.flickr.com/photos/timsdiving/sets/72157641752163203/

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Midnight (1981) - recenzja

Przebywając wśród znajomych, którzy siedzą w podobnych klimatach filmowych co ja można naoglądać się kultowych horrorów i akcyjniaków z lat 80-tych. Tak właśnie minął mi weekend spędzony w Obornikach Śląskich. A pojechałem tam by skończyć z grupką entuzjastów horroru i kina eksploatacji projekt Lobotomia Video zatytułowany "Marzanna". Aby wczuć się w klimat filmu puściliśmy w naszym gronie horror z 1981 roku "Midnight" w reżyserii Johna A.Russo, jednego z autorów scenariusza do "Nocy żywych trupów" George'a A. Romero. Nakręcono go w wiejskiej okolicy Pennsylvanii za sumę 71 000 dolarów, a we wiodących rolach wystąpili Melanie Verlin ("Małpia intryga" George'a A. Romero z 1988 roku) i John Amplas ("Martin" George'a A. Romero z 1977 roku). Za efekty gore w "Midnight" odpowiada wybitny spec od charakteryzacji Tom Savini.

Pijany ojczym 17-letniej Nancy (Lawrence Tierney) usiłuje ją zgwałcić. Dziewczyna ucieka z domu i przyłącza się do dwójki podróżujących vanem na Florydę młodych mężczyzn. Tom i Hank, aby mieć co jeść okradają przydrożne sklepy. Pewnego ranka w trakcie obozowania na leśnej polanie obaj mężczyźni zostają bezlitośnie zastrzeleni przez dwóch policjantów. Obserwującej egzekucję przyjaciół Nancy udaje się zbiec. Dziewczyna szuka schronienia w pobliskiej wiejskiej farmie, ale szybko zostaje schwytana przez gliniarzy. Ci okazują się członkami lokalnego satanicznego kultu, który porywa młode kobiety, więzi je w klatkach dla psów, a następnie morduje w trakcie satanicznych rytuałów. Nancy zaczyna się modlić o ocalenie, a jej ojczym rusza, by ją odnaleźć.

Intrygujący sataniczny slasher z wieloma akcentami religijnymi. Rozpoczyna się niczym dramat o dysfunkcjonalnym piekle rodziny, a kończy niczym ociekający brudem i szarzyzną horror. Niski budżet od początku rzuca się w oczy, ale nie razi. Sceny morderstw (choć nieliczne) potrafią zaszokować swoją gwałtownością i zimną krwią oprawców (zwłaszcza scena dekapitacji i podcinanie gardeł). Generalnie film tonie w szarych jesiennych barwach, co nadaje scenom przemocy dodatkowego kopa. Kreacje aktorskie bywają nierówne, lecz Tierney i Verlin grają przekonywająco. W 1993 roku John A. Russo wyreżyserował nieoficjalny sequel "Midnight" pod tytułem "Midnight 2: Sex, Death & Videotape", ale po dziś dzień nie miałem okazji go oglądać. Polecam "Midnight" wielbicielom ziarnistego i nihilistycznego kina grozy lat 70-tych i początku lat 80-tych. Seans z DVD Arrow. Satanizm i hicksploitation wymieszane w jednym tyglu. Jeden z lepszych (jeżeli nie najlepszy) horrorów Johna A. Russo.

czwartek, 14 sierpnia 2014

Transatlantyk 2014: "Land of the Bears 3D", "No Fire Zone. The Killing Fields of Sri Lanka" i "Roraima: Climbing the Lost World"
















Trzy filmy dokumentalne widziane na festiwalu filmowym Transatlantyk 2014.

"Land of the Bears 3D" (2013, "Kraina Niedźwiedzi 3D") - Film dokumentalny o kamczackich niedźwiedziach brunatnych osadzony na Półwyspie Kamczackim, Ziemi Ognia i Zimy. Wiedziałem od samego początku, że chcę zobaczyć film Guillaume Vincenta, gdyż uwielbiam majestatyczne kamczackie wulkany oraz surowość i głębię tamtejszej przyrody. Już początek filmu mnie zachwycił: potoki lawy płynące w trakcie erupcji efuzywnej wulkanu Plosky Tolbachik (Płoskij Tołbaczik), niezwykle malowniczej i pięknej. Długotrwała (blisko ośmiomiesięczna) kamczacka zima odchodzi, niedźwiedzie budzą się z hibernacji. Czteroletni samiec, który rok temu odłączył się od matki rozpoczyna poszukiwania pierwszego samodzielnego pokarmu. Niedźwiedzica wraz z dwójką potomstwa dociera do kamczackiej Doliny Gejzerów. Poznajemy też starszego, bo dwunastoletniego i doświadczonego samca alfa. Piątka kamczackich niedźwiedzi walcząca o przetrwanie. Docierająca do jeziora Kurylskiego w którego wodach odbijają się wulkany Iczyńska Sopka i Kambalny. Tam niedźwiedzie zaczynają polować na przybyłe z Pacyfiku w celu tarła łososie. Sceny zjadania żywcem łososi przez niedźwiadki są dość drastyczne, ale "Kraina Niedźwiedzi 3D" jest przepiękna sfotografowana (zdjęcia z kamer stacjonarnych i mobilnych, w tym przymocowanych do balonów wypełnionych helem). Wulkany, wartkie rzeki i strumienie, gejzery, dzikość przyrody i niedźwiedzie - oto Kamczatka w pełnej krasie. Narracja: Marion Cotillard.

"No Fire Zone. The Killing Fields of Sri Lanka" (2013, "Strefa bez ognia") - "Strefa bez ognia" w reżyserii Calluma Macrae to mocny i brutalny film dokumentalny pokazujący finalne miesiące trwającej 26 lat wojny domowej na Sri Lance pomiędzy Tamilskimi Tygrysami a siłami rządowymi. Piekło wojny zostaje tutaj ukazane w naturalistyczny i bardzo dosadny sposób - w "Strefie bez ognia" odnajdziemy filmiki nagrywane komórkami i małymi kamerami zarówno przez ofiary cywilne, jak i żołnierzy sił rządowych. Porozrywane ciała, martwe dzieci w rękach oszalałych z rozpaczy rodziców, bestialsko zgwałcone i zamordowane Tamilki, dantejskie sceny z zatłoczonych szpitali polowych i naprędce wykopanych w piasku okopów będących pod ostrzałem, brutalne tortury i bezlitosne egzekucje. Ta wojna była prowadzona w sekrecie, media były systematycznie uciszane, pracownicy ONZ zostali zmuszeni do opuszczenia strefy wojennej. W pierwszych miesiącach 2009 roku mogło zginąć od 40 000 do 70 000 cywili. Dowody na zbrodnie wojenne rządu Sri Lanki pokazane i zweryfikowane w "No Fire Zone" wydają się być niepodważalne. 138 dni niewyobrażalnego ludzkiego cierpienia. Rannym w prymitywnych szpitalach polowych stara się pomagać Vany, brytyjska Tamilka, która przyjechała na Sri Lankę by odwiedzić krewnych. Rząd Sri Lanki zaprzecza dokonanym zbrodniom wojennym i nie ma sobie nic do zarzucenia, opozycyjni dziennikarze znikają albo są uciszani, represje wobec Tamilów i ich etniczna restrukturyzacja trwają w najlepsze. Film ciężki w odbiorze, pokazujący bez upiększania piekło wojny.

"Roraima: Climbing the Lost World" (2012, "Roraima") - Granica Gujany, Wenezueli i Brazylii. Tam znajduje się Roraima (2810 metrów wysokości), tonąca w nieprzebytej mgle góra typu stoliwo o płaskim wierzchołku. Kurt Albert, Holger Heuber i Stefan Glowacz to trójka przyjaciół i uznanych wspinaczy. W trakcie ekspedycji na Roraimę chcą wspiąć się na stromą ścianę La Proa tej wspaniałej góry stołowej. Chcą podjąć owo wyzwanie bez żadnej pomocy technicznej i motoryzacyjnej. Jednak nie wszystko za pierwszym razem idzie zgodnie z planem. A potem umiera Kurt. Holger i Stefan aby upamiętnić przyjaciela postanawiają zdobyć Roraimę po raz drugi (rozpoczynając od miejsca, gdzie jeszcze w trójkę dotarli w 2010 roku, a potem zmuszeni zostali do odwrotu). I zdobywają wytyczając zarazem nowy szlak wspinaczkowy nazwany "Behind the Rainbow" ("Za tęczą"). Świetnie nakręcony, acz nieco przydługi dokument o pokonywaniu własnych słabości, niespożytej pasji wspinania, brawurowej odwadze i utracie przyjaciela. Roraima jest rzeczywiście magiczna!